Ministerstwo Infrastruktury szykuje kolejną rewolucję w systemie egzaminowania kierowców. Tym razem chodzi o limit trzech podejść do egzaminu praktycznego na prawo jazdy. Jeśli plany ministerstwa wejdą w życie, każda osoba, która trzykrotnie obleje część praktyczną, będzie musiała wrócić na kurs i zapłacić za niego od nowa. Brzmi jak prosta recepta na bezpieczniejsze drogi? Niekoniecznie.
Na czym polega planowana zmiana?
Ministerstwo Infrastruktury rozważa wprowadzenie limitu egzaminów na prawo jazdy. Konkretnie: po trzech nieudanych próbach zdania części praktycznej kursant miałby obowiązek ponownego przejścia całego kursu – wraz z egzaminem wewnętrznym. Dopiero potem mógłby przystąpić do kolejnego podejścia w WORD-zie.
Na pierwszy rzut oka brzmi to rozsądnie. Ktoś, kto nie radzi sobie za kółkiem, powinien się douczyć. Diabeł tkwi jednak w szczegółach – i w liczbach.
Ile to kosztuje?
Już teraz każde oblanie egzaminu to odczuwalny cios dla portfela. Egzamin praktyczny kosztuje około 220–240 zł. Dla młodej osoby, która dopiero zaczyna samodzielne życie, nie jest to kwota bez znaczenia.
Ale prawdziwy problem zaczyna się, gdy wyobrazimy sobie powrót na kurs. Koszt kursu na prawo jazdy kat. B wynosi dziś około 4000 złotych. Jeśli ktoś po trzech nieudanych próbach miałby zapłacić tę kwotę jeszcze raz – niezależnie od tego, dlaczego nie zdał – skutki finansowe mogą być druzgocące, szczególnie dla młodych ludzi, którym pieniądze na egzaminy zebrali rodzice.
Kluczowy problem: zdawalność na poziomie 35 procent
Pomysł ministerstwa byłby do zaakceptowania, gdyby polski system egzaminowania był sprawiedliwy i skuteczny. Niestety, dane mówią coś zupełnie innego.
Według danych opublikowanych przez TVN24, średnia zdawalność egzaminu na prawo jazdy w Polsce w ubiegłym roku wyniosła zaledwie 35,07%. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja przy pierwszym podejściu – zdaje nieco poniżej 30%. kursantów. Dla porównania: w Niemczech wskaźnik ten wynosi około 70%.
To nie jest kwestia złego przygotowania kursantów ani niskiego poziomu szkół jazdy. Problem leży gdzie indziej – w samej konstrukcji systemu. WORD-y zarabiają na poprawkach. Trudno więc oprzeć się podejrzeniu, że system jest nastawiony raczej na oblewanie niż na rzetelną ocenę umiejętności.
Stres zamiast bezpieczeństwa
Nie można też zapominać o roli stresu. Nawet bardzo dobrze przygotowany kursant może oblać egzamin pod wpływem silnej presji psychicznej. Limit trzech podejść tylko tę presję zwiększa – co paradoksalnie może obniżać zdawalność jeszcze bardziej. Efektem jest błędne koło: system karze nie piratów drogowych, ale zwykłych, sumiennie przygotowujących się ludzi.
Czy trudniejszy egzamin naprawdę czyni drogi bezpieczniejszymi?
To najważniejsze pytanie, które warto zadać. Przez ostatnie lata głośne wypadki drogowe w Polsce łączył jeden wspólny mianownik – ich sprawcy prawo jazdy kiedyś zdali. Trudny egzamin nie zmienia zachowania kierowcy po latach od jego uzyskania.
Poprawa bezpieczeństwa na polskich drogach, obserwowana w ostatnich latach, jest efektem całego pakietu zmian: surowszych kar, wyższych mandatów, rozbudowanej infrastruktury, konfiskaty aut pijanych kierowców i pierwszeństwa dla pieszych. Utrudnianie egzaminów dla początkujących kierowców to narzędzie o bardzo ograniczonej skuteczności w tym zakresie.
Kto na tym zyska?
Warto zadać sobie cyniczne pytanie: kto skorzysta na nowym limicie? Odpowiedź jest prosta – szkoły jazdy, które przy każdym przymusowym powrocie na kurs zarobią kolejne kilka tysięcy złotych. Politycy, którzy zaproponują takie rozwiązanie, będą mogli mówić o „zaostrzeniu przepisów” i „dbaniu o bezpieczeństwo”. Kursanci zapłacą rachunek.
Podsumowanie
Limit egzaminów na prawo jazdy w obecnych warunkach – przy zdawalności ledwo przekraczającej 30 procent i systemie, który wydaje się konstruowany z myślą o generowaniu poprawek – to przepis na finansowe obciążenie dziesiątek tysięcy Polaków bez realnej poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego.
Zamiast dokładać kolejne bariery finansowe, warto zastanowić się nad reformą samego systemu egzaminowania. Transparentność oceniania, niezależna kontrola pracy egzaminatorów i realna analiza przyczyn tak niskiej zdawalności — oto kierunek, który mógłby przynieść zmianę na lepsze.
Jako Szkoła Nauki Jazdy w Szczecinie uważamy, że wprowadzenie limitu egzaminów to zły pomysł – zarówno z perspektywy kursantów, jak i realnego bezpieczeństwa na drogach. Zamiast dokładać kolejne bariery finansowe, należy skupić się na przejrzystości i rzetelności samego systemu egzaminowania. Tylko uczciwa ocena umiejętności – a nie presja i koszty – może przygotować kierowców do bezpiecznej jazdy.
